„ŁÓDŹ – MOJA MAŁA OJCZYZNA”: RECENZJA HANNY PROSNAK ORAZ FRAGMENT KSIĄŻKI
„Łódź moja mała ojczyzna” to kolejna książka Janusza Andrzeja Bernera, po wydanej w 2008 r. „Wikingach – prawdziwej historii”.
Tym razem autor prezentuje obraz Łodzi widzianej z perspektywy własnego dzieciństwa spędzonego na Chojnach. Sentymentalna podróż pozwala udokumentować zapomniane lub powoli zapominane obyczaje, zjawiska, przedmioty (gra w klipę, mecz w cymbergaja, ławki szkolne z kałamarzami). Nieskomplikowane rymy użyte przez autora służą utrzymaniu rytmiczności całego utworu i nadaniu lekkiej w czytaniu postaci. Liczne przypisy objaśniają terminy i pojęcia, które według autora, stanowią charakterystyczne punkty krajobrazu i życia na Chojnach w owym czasie.”Łódź – moja mała ojczyzna” nie zawiera pogłębionej refleksji o wzrastaniu w tym właśnie miejscu i czasie, to rodzaj pogodnego obrazka z łezką w oku, „rzewne wspomnienie” jak pisze sam autor. Warto jednak podkreślić, że każda próba ocalenia od niepamięci jest cenna. Tak jak fotografia ocala obraz, tak słowo potrafi ocalić nazwy, znaczenia, konteksty obyczajowe i społeczne. Janusz Andrzej Berner udowadnia, że nie tylko wielkie wydarzenia tworzą historię ale historia to także nasze indywidualne pamiętanie czasu w którym żyjemy.
dr. nauk humanistycznych Hanna Prosnak
„ŁÓDŹ – MOJA MAŁA OJCZYZNA”
– Wspomnienie –
Kiedy czasem siądę w fotelu,
spokojnie przymykam powieki
– wracam do wspomnień sprzed lat,
widzę, że inny był całkiem – mojej młodości świat.
Fabryki z czerwonej cegły,
kominy na miasto patrzące
Łódź co dzień tętniąca życiem
– to dla niej świeciło słońce.
– Podwórko –
Podwórka też miały swój urok,
tkwiła w nich jakaś siła,
ta moja „Mała Ojczyzna”
właściwie Nasza była.
Rozmowy przy trzepaku
najczęstszym miejscu zbiórek,
zabawa w ganianego
na dachach pobliskich komórek.
Gra w klipę a także w komórki,
choć szare – wynająć trzeba,
dwa ognie – zbijak bez „matek”
i piłka co leci do nieba.
Należy też wspomnieć o klasach
zabawę nie w chłopkę lecz w chłopka
grały w nią tylko dziewczyny
– zabawa ta była wręcz „słodka”
Czemu tak mówię, że „słodka”
rozpraszam Wasz opór wszelki,
była odmianą hazardu
– bo w puli były … cukierki.
Ciupy, guma, skakanka,
„zośka” – podbijana w górę,
to były dziecięce zawody
– nie tylko łódzkich podwórek.
Zabawy w chowanego
ganiany, berek, podchody,
wyścigi „kolarskie” (kapslami)
– „sportowa” rywalizacja pomiędzy dzieciakami.
Gra w kiplo, gdzie szajbę rzucano
by zbijać nią drobne bilony,
trąciło to niemal hazardem
– byliśmy w szponach mamony.
I murek, hazardu odmiana
– o ścianę rzucane monety,
poker, chlust, oczko i bączek
– też dodawały podniety.
Strzelanie z procy do celu,
małymi kamyczkami
lub z gumy (takiej od majtek)
– papierowymi sztyftami.
Gra scyzorykiem w noża
i wojnę – w piaskownicy,
zabawa w ganianego
– po kocich łbach na ulicy.
Od najmłodszych lat byłem emocjonalnie związany z Łodzią i tak jest do chwili obecnej.
Dla zainteresowanych zamieszczam fragment tekstu z mojej książki.